środa, 23 lutego 2005
Powracajacym

Przeczytalem swoje notki napisane po „reaktywacji“ bloga, glownie te dotyczace perypetii popowrotowych oraz roznych zdarzen wylapanych w przekaziorach. Przyznaje, ze moga one skutecznie zniechecic Ewentualnych Powracajacych, a przeciez nie o to mi chodzilo. Mimo roznych „akcji“, mimo iz Zegarkoladie i Zegarkolandczykow pokochalem miloscia wielka i nie do konca odwzajemniona, ani przez chwile nie zalowalem, ze wrocilismy na Łono. Sprobuje, nieskladnie i niezaradnie, jakos to uzasadnic.

Jedzenie. Niby drobiazg, pierdolka taka, ale ponowne odnalezienie roznych smakow, do ktorych sie przyzwyka od dziecinstwa, ma swoje znaczenie. Ci, ktorzy uganiaja sie po roznych mniej lub bardziej oddalonych „polskich sklepach“ lub czekaja na przyjazd krewnych z Polski, wiedza o co chodzi.

Nastepny drobiazg, to taki, ze gdy czytam gazety, to czuje, ze zawarte w nich wiadomosci sa dla mnie istotne, w jakis sposob mnie dotycza. Mimo zdeklarowanej niecheci do polityki, mimo wszystkich brudow i afer, nie chce, nie moge byc calkiem ponad. Takiego poczucia nie mialem w zadnym innym kraju, w ktorym mieszkalem. Nie zawsze jest to mile, no ale coz.

Ksiegarnie. Troche mniejsze i wychuchane, troche mniej zasobne, ale jakos latwiej jest mi znalezc ksiazki, ktore sa (lub wiem, ze beda) dla mnie wazne. Dla kogo uzaleznionego od czytania to jest bardzo istotne.

Krewni i starzy znajomi. Dopiero gdy ich zabraknie, gdy nie sa na wyciagniecie reki, zaczyna sie ich tak naprawde doceniac. E-maile i sporadyczne telefony nie zalatwiaja wszystkiego – najistotniejszy jest fejs tu fejs. Czasami klopotliwi, czasami denerwujacy, zwlaszcza w wiekszych dawkach, ale musza byc. Mozliwe, ze ja jakis nienormalny jestem alboco ale tak juz mam. I szlus.

Ludzie. Ludzie, ktorzy przeszli przez te same szkoly, ogladali te same filmy, stali kiedys w kolejkach i czytali te same (legalne i zakazane) ksiazki, nosili kiedys ulotki, przezywali te same nadzieje i rozczarowania. Smieja z dowcipow, ktore mnie smiesza, podobnie reaguja na rozne cytaty i grepsy calkowicie nieczytelne poza Polska. Wymiana “miedzykulturowa” jest wazna, owszem, ale jesli w kazda rozmowe trzeba wplatac dwa miliony przypisow, to na dluzsza mete staje sie to nuzace, zwlaszcza dla takiego gaduly, jak ja. No i mimo “wilczego” kapitalizmu, zabiegania i wyscigu szczurow, prawie zawsze znajdzie sie jakis chetny na Dluga Nocna Rozmowe o wszystkim i o niczym, ze “wspomaganiem” lub nie. Ludzie maja rozne potrzeby, dla mnie to jest bardzo istotne.

Bedzie tego. Wszystko, co tu wymienilem, daje mi poczucie, ze jestem u siebie, CBDU. Voila.

Jest oczwiscie cala reszta. Balagan i niesolidnosc, przytlaczajaca szarosc, bylejakosc i brzydota niektorych miejsc, niezyczliwosc i nieuprzejmosc na codzien, powszechne zlodziejstwo i agresja - jednym slowem Dziki Zachod. Ale jakos udaje mi sie przejsc nad tym do porzadku, zepchnac to w sfere anegdoty, byc ponad i robic swoje, lepiej lub gorzej. A poza tym Dziki Zachod to kraj pelen perspektyw. Kraj, w ktorym cos sie dzieje, ktory wbrew pozorom ciagle sie zmienia. Wbrew powszechnym narzekaniom – na lepsze. To widac dopiero, gdy sie go oglada z dystansu lub po dluzszej przerwie. Amen ;-)

Stary Werter

PS : troche patetycznie mi sie tu ulalo. Wyglada to na cos, co pewien znajomy nazywa  syndromem „Latarnika“. Znaczy – najwyzszy czas, zeby spakowac manatki i wracac. W ogniu walki cale to rozmemlanie przejdzie, jak reka odjal ;-)

wtorek, 22 lutego 2005
Do odwaznych swiat nalezy

Przypomnialo mi sie wlasnie, ze przeciez historia z Panem Transportowcem ma swoj, nieopisany tutaj jeszcze, ciag dalszy. Bo to wicie rozumiecie Pan Transportowiec, jeszcze na etapie negocjacji wstepnych zarzekl sie, ze skoro on mnie nie zna i wogle, to sie jednak nalezy z gory. W dowolnej walucie, ale z gory. No to ja na to, ze polowa, no to on ze okej i stanelo na tym, ze dam kierowcy w zlotowkach, to bedzie mial na benzyne w Polsce, a na benzyne dalej, to bedzie juz mial swoje (znaczy : firmowe) jurosy. Ciezarowka przyjechala, kierowca zainkasowal (nawet troche mniej, bo polowa nie dawala rownej sumy), Pani Werterowa wsiadla i pojechali. Po powrocie (perypetie opisane w poprzednim wpisie) dowiedzialem sie, ze jurosy owszem byly, ale juz franciszkuf zegarkolandzkich nie bałdzo, wiec Pani Werterowa w Zegarkolandii suplala z naszych (na szczescie miala). Potem doszla jeszcze naprawa tego trupa i benzynka z powrotem. Oczywiscie zapowiedzielismy kierowcy, ze bedzie to potracone, na co on ochoczo sie zgodzil, bo polubil nas lubieniem szczerym,  Pania Werterowa w szczegolnosci, a na temat Swojego Pryncypala to jakos tak wypowiadal sie bez specjalnego nabozenstwa. No i wqurwiony byl wqurwieniem szczerym, ktore to wqurwienie bylo i tak niczym wobec stanu ducha Pani Werterowej. No nie powiem, dobrze jej ta podroz zrobila, kolezanki stare spotkala, truckiem se pojezdzila, przygody na granicy miala, mechanikow przytojnych krew z  mlekiem latino poznala, a na dodatek zrzucila jeszcze troche gramow, akurat tych, ktore chciala zrzucic. Aha, i jeszcze trozke weriseksi siwizny nabrala tu i owdzie. Ale jakos po powrocie z tej wycieczki Pani Werterowa nie pamietala o tych wszystkich plusach dodatnich i zapowidziala Panu Kierowcy, ze owszem, Pan Transportowiec, czyli Pryncypal kase dostanie, ale ONA mu ja wreczy osobiscie i przy okazji porozmawia. Nazajutrz zadzwonil do mnie rzeczony Pan Pryncypal i z jakas taka niesmialoscia upomnial sie o swoje (znaczy, tak jakby przeczuwal, ze cos bylo chyba niehalo z jego strony i ze teraz to my go za jadra trzymamy). No to ja mu jeszcze raz to samo, co Panu Kierowcy, znaczy ze kaska jest, czeka i ze po odliczeniu dodatkowych wydatkow jest tego tyle i tyle. No to sie ucieszyl, ale ja mu wtedy, ze owszem, kaska jest, ino Pani Werterowa chcialaby osobiscie mu ja wreczyc i fejs to fejs porozmawiac, albowiem poniewaz uwag ma pare, ktore moglyby mu pomoc w przyszlym prowadzeniu firmy. Aha, no to jakos wyszlo , ze w najblizszych dniach nie ma czasu, ze sie nie  pali pszesz bo on nam ufa. No to gites, niech ufa, dobrze robi, kaska czeka na niego w szufladce, jak w Zegarkolandzkim banku. Hehehehe. Trzy razy ksiezyc odmienil sie zloty (przepraszam, juz prawie cztery razy) i kaska czeka nadal. Gdy ostatnio dzwonilem dodom, nadal czekala. Widac AZ TAK mu na niej nie zalezy, pewnie bogaty z domu jest. Odwazniak...

Stary Werter

PS : A ja kocham Ten Kraj. I Pania Werterowa, bo to skarb, nie kobita.

Zlosliwosc przedmiotow martwych

Trzeba bylo sprowadzic na Ojczyznylono reszte dobytku. Potrzebna byla ciezarowka, w miare spora ale bez przesady, ktora  w miare sprawnie wykonalaby kurs tam i z powrotem  Znalezlismy firme, zlokalizowana w miare blisko nas i najtansza (to wazne, zazwyczaj na dzwiek „Zegarkolandia” panowie transportowcoy zaczynali sie slinic , mowiac, jaki to drogi kraj i ze koszta, panie dzieju, tego). Szczegolow przesuwania terminow oszczedze , zlozmy je karb tzw. Okolicznosci Obiektywnych. Umowionego dnia rano ciezarowki nie ma, po dwoch godzinach Pan transportowiec dzwoni, ze  utknela w korku. Po godzinie, ze jest zepsuta i musi wracac do bazy do naprawy. Potem, ze naprawa bedzie trudna, ale juz jedzie o serwisu (120 km) , wiec jutro rano. Potem,  ze serwis nie ma czesci, ale z glownej firmy z Warszawy czesc jedzie, wiec zeby jeszcze troche poczekac. Potem, ze cos tam. Potem, ze jeszcze jakas czesc, ale to ja wymontuja z innej ciezarowki. Juz. I tak , z wtorku rano zrobil sie czwartek wieczor – 2, 5 dnia obsuwy, na dodatek juz wiadomo, ze dojada w sobote, wiec niedziele spedza na miejscu, bo ciezarowkom nie wolno tam jezdzic w week-endy. Gdybym wiedzial, to bym od razu sie umowil z inna firma (juz po pierwszym telefonie od Pana Transportowca dogadalem sie wstepnie z kims innym, ale ktos inny oferowal wlasnie czwartek i to za podwojna cene i bez pomocy w zaladunku). Sytuacja zaczyna sie robic zabawna, bo jesien gwaltownie sie pojawila a Werterzatka nie maja w zasadzie cieplej odziezy. No nic, w koncu przyjechala ciezarowka. Pojechali. Dojechali. W niedziele telefon , ze ciezarowka nie chce ruszyc, bo sie zepsula. Na szczescie siatka znajomych na miejscu pozwolila te rzecz zalatwic w miare szybko i tanio, ale juz w tzw. miedzyczasie Pan Transportowiec postanowil, ze wie, co sie zepsulo, ze naprawa w Zegarkolandii bedzie droga i ze w zwiazku z tym on sprowadzi czesc z Niemiec do siebie,  wsiadzie w samochod z kierowca i mechanikiem, pojada do Zegarkolandii i sami naprawia. To w koncu tylko 1,5 tysiaca km w jedna strone. Serio. Poj...o goscia z tych nerw. Na szczescie nie zdazyl, Pani Werter na miejscu zalatwila wszystko w blysk  - n.b. okazalo sie, ze to nie jest ta czesc , ktora „powinna” byla sie zepsuc. Hehehe. Jakos z pomoca Boza wrocili, dobytek sie odprawilo celnie (tylko jeden dzionek od switu do zmroku, jak w przypadku Mundka). Przez tamten tydzien odbylem z Panem Transportowcem kilkadziesiat upojnych rozmow telefonicznych,  w trakcie ktorych jak mantre powtarzal magiczne zaklecie „zlosliwosc przedmiotow martwych”.  Z wymieniona wyzej zlosliwoscia zdazylem w ciagu kilku ostatnich miesiecy zaznajomic sie juz kilka razy, juz sie przyzwyczailem, juz w zasadzie mnie nie rusza. I tylko jedno ciagle mnie zastanawia : dlaczego w innych jezykach (francuskim, angielskim, niemieckim) ten termin nie istnieje ? Czyzby w innych krajach przedmioty nie byly zlosliwe ?

niedziela, 20 lutego 2005
Moj Przyjaciel Mundi

Mundka poznalem rowne cztery lata temu, kiedy pozegnalem sie z jego poprzednikiem i gwaltownie szukalem nastepcy. Poprzednik byl juz stary, sterany i z tygodnia na tydzien stroil coraz wieksze fochy. Wladowalem w niego kupe szmalu, calkiem niepotrzebnie. Pewnego dnia, gdy po raz kolejny zawiodl mnie w najbardziej niestosownym momencie , powiedzialem sobie „Dosyc, musimy sie pozegnac” i odwrociwszy sie na piecie zostawilem go, tak jak stal, na parkingu pod sklepem. Potem zaopiekowal sie nim jakis stary Serb.

Mundka poznalem w internecie. Na pierwszy rzut oka prezentowal sie niezle : nie za stary, dosc przystojny, wymagania finansowe umiarkowane. Zadzwonilem pod wskazany numer i pojechalem.

Okazalo sie, ze anons byl uczciwy i od razu poczulem do Mundka sympatie, szybko wiec ubilem targu i po dokonaniu niezbednych formalnosci juz trzeciego dnia bylismy razem.

Mundi sluzy nam do dzis. Lubi go cala rodzina, bo jest przyjacielski i niezawodny, mimo postepujacego wieku. Nie narowi sie, dziala szybko i sprawnie, nie narzeka na niedostateczna opieke i niewielka ilosc zabiegow higienicznych. Ma tylko jedna wade (ale ktoz ich nie ma) : lubi wypic, niestety. Cos miedzy 9,5 a 11 litrow na 100 km.

--

Poniewaz Mundi pokazal nam cala Serolandie i kraje okoliczne, zzylismy sie z nim bardzo i postanowilismy, ze przyjedzie z nami na Ojczyznylono, mimo wieku i wspomnianego wyzej nalogu.Na szczescie Mundek zalapywal sie na mienie przesiedlencze, nalezalo tylko przejsc przez Urzad Celny. Gdybym blogowal w lipcu, to pewnie bym to opisal ze szczegolami, ale teraz czas juz zaleczyl rany, wiec zamiast eposu bohaterskiego wspomne tylko, ze odprawa byla bardzo sprawna i trwala tylko jedno popoludnie i nastepny dzien. Naprawde, zmiescilismy sie w godzinach urzedowania. Wuala.

Niestety (i na to pragne zwrocic uwage Ewentualnych Powracajacych) w roznych krajach wiek samochodow jest liczony w rozny sposob, na przyklad w Serolandii liczy sie od czasu pierwszej rejestracji, w zwiazku z czym, gdy go kupowalem, Mundi wystepowal jako piecio-, a w dniu Powrotu jako osmiolatek. I tu siurpryza. Pan od przegladow technicznych zerknal na numerek w dowodzie, zerknal do katalogu i jednym jego wcisnieciem klawisza Mundzio zestarzal sie o dwa lata, albowiem poniewaz na Ojczyznylonie liczy sie rok produkcji, nawet jesli autko stalo w sklepie czy gdziekolwiek indziej przez dwa lata, jak Mundi. Bywa. Tym samym Pan ze Stacji zwiazal nasze losy, znaczy moje i Mundka, na wiele lat. Bo nawet jesli mialem pierwotnie zamiar pozegnac sie z Mundim zaraz po uplywie rocznej karencji, to teraz wiem, ze zajezdze biedaka na smierc. Albowiem poniewaz jedenastoletni Mundi z silnikiem sredniej wielkosci czolgu i zlopiacy jedenascie na sto jest praktycznie niezbywalny na Ojczyznylonie. Nie szkodzi, i tak sie lubimy, innego mi nie trza.

Radzili mi rozni tacy, zeby przerobic go na gaz, ale Mundi jest juz starutenki a rodza silnika sprawia, ze staje sie to nieoplacalne. No, przynajmniej ja taki powod sobie znalazlem, bo tak naprawde, gdy sobie pomyslalem,ze jakis obcy facet mialby Mundiemu grzebac w silniku, to mi sie go zal zrobilo. Zwlaszcza, ze Mundi sprawuje sie bez zarzutu, a interwencje domoroslych fachowcow moga sie skonczyc zmiana tego stanu. Dlatego tez trzymamy sie z Mundim jak najdalej od fachowcow. Ja go poje, a on mnie wozi i jest git. Mundiemu trzeba bylo tylko zmienic klocki i filtr, dolac oleju i ostatnio pomajdrowac przy zawieszeniu (ale to juz zapowiadalo sie w Serolandii). Wlasnie obserwacje poczynione przy tym majdrowaniu utwierdzily mnie w przekonaniu, ze Mundzia trzeba chronic przed fachowcami, a on juz jakos sobie poradzi, bo jest dzielny. A dzielny jest bez watpienia, co widac po tym, jak meznie i bez szemrania znosi wszelkie moje pomysly i polskie drogi. Ale o polskich drogach, Drodzy Ewentualni Powracajacy, napiszemy kiedy indziej.

poniedziałek, 14 lutego 2005
Zus jego mać

A teraz taki link.  Chlopcy i dziewczeta wzieli sie w garsc i postanowili zrobic dobrze przedsiebiorcom. http://firma.onet.pl/1053553,wiadomosci.html

Dwie cytowane wypowiedzi ujely mnie szczegolnie : 

„ ... Wiceminister zaznaczyła, że mimo wzrostu gospodarczego "wciąż mamy dziurę budżetową, którą trzeba załatać i każda grupa powinna się przyczynić do jej łatania".
”... Ze stanowiskiem wiceminister zgodziła się posłanka Anna Filek (SLD), która powiedziała, że jej partia poprze rządowy projekt. Podkreśliła, że zmiany nie dotkną większości małych i średnich przedsiębiorców, a dzięki nim wszyscy będą "mniej więcej równo dotknięci daninami na rzecz państwa". Filek ostrzegła, że ze względu na zadłużenie ZUS "następne rządy w jeszcze większym stopniu będą musiały sięgnąć do przedsiębiorców ...".
 

No wiec (ja wiem, wiem, nie zaczyna sie zdana od wiec, pszesz dlatego dodalem no ;-)) mamy jasnosc w temacie Marioli. Skladki zusowskie podwyzsza sie nie po to, aby system emerytalno-rentowy dzialal sprawnie (bo pszesz i tak nie bedzie dzialal) tylko po to, aby latac dziure.

I fajny jest tez tekst o „kazdej grupie”. Prosze Panstwa, znamy nowe, szersze znaczenie słowa „kazdy”. Od dzis „kazdy” =”ciagle ten sam”.

Termin „danina” tez mi przypadl do gustu. Mozna tez dodac „trybut” i stworzyc Urzad Trybutowo-Daninowy. I Zaklad Danin. Mozliwosci sa nieograniczone.

I ta nutka optymizmu, ktora pobrzmiewa w slowach poslanki Filek. No slodka wprost.  

Bajdełej, mam tu do odebrania nalezna mi kaske z funduszu emerytalnego, co to mi ja tubylcy przez kilka lat potracali z pensji, az do Wielkiego Powrotu. Troche sie uzbieralo. Niedawno sie dowiedzialem, ze istnieje realna grozba, ze zamiast wyplacic mi ja,  jak to drzewiej bywalo, to tubylcy beda byc moze chcieli przekazac to zusowi, chyba, ze zdaze przed podpisaniem odpowiednich umow, uczciwszy uszy, bilateralnych. No normalnie wolalbym juz, zebysmy razem z tubylcami spalili te kase w ognisku. Przynajmniej byloby widowiskowo. Z gestem ;o) 

A przy okazji uwaga dla Innych Powracajacych : zalatwianie papierkow i  formalnosci zwiazanych z clem, meldunkiem, zakladaniem firmy itp bywa dlugotrwale i  nuzace. Glownie z powodu zlej organizacji, bo ewidentnej zlej woli ze strony urzednikow nie stwierdzilem (moze mialem szczescie). Wrecz przeciwnie, zazwyczaj spotykalem sie z zyczliowscia i zrozumieniem dla roznych moich dziwnych problemow. Wiele Pan Urzedniczek i Panow Urzednikow szlo mi na reke znacznie bardziej niz przewdywaly to rozne nieznane mi Wazne Ustawy i Rozporzadzenia, a w najgorszym razie zachowywalo postawe neutralna. Byl jeden jedyny wyjatek : ZUS. To jest jedyna instytucja jawnie wroga wszystkim, ktorzy wchodza w jej progi, na wszelkich szczeblach hierarchii i przy dowolnym typie „zalatwianych” spraw. Sa gorsi od skarbufki (w ktorej , swoja droga, tez siedza niezle smoki). Serio serio. Chcialem to kiedys nawet opisac, ale zrezygnowalem. Na samo wspomnienie odechciewa mi sie czegokolwiek.  

Stary Werter 

PS : szczegolnie „cieplo” pozdrawiam Panie z ZUS-u na Czerniakowskiej. Specjalne kotly ze smola juz sa dla was podgrzewane, mile Panie. Doktor Faust mi o tym powiedzial, a on ma info z pierwszej reki, od swojego bliskiego znajomego, ktory przy tym robi ;o) 

poniedziałek, 07 lutego 2005
Ojczyznyłono ...

... widziane z oddali i z bliska.

 I znowu wieści z Polski mam tylko za pośrednictwem internetu. I znowu wygląda strasznie. Co dzień nowa afera, ten ukradł,  ci sobie podwyżki zarządzili,  a wszystko to na tle wszechobecnej Listy. Wszędzie złodziejstwo, korupcja  i ubeckie knowania – jednym słowem : syf, malaria i korniki . Na szczęście byłem Tam przez ostatnie pól roku, żyłem, pracowałem, kontaktowałem sie z ludźmi i wiem, że to wszystko nie tak wygląda - wystarczy nie mieć czasu na pierdoły ;-). Wystarczy nie mieć Netu ani telewizji a gazety przerzucać w pośpiechu raz na kilka dni. I już robi sie normalnie (no, powiedzmy uczciwie, względnie normalnie ;-D) : kłopoty i radości rodzinne, lubienie się i nielubienie, klótnie, pyskówki i wyjadanie z dzióbków,  pitolenie o niczym i Długie Nocne Polaków Rozmowy, przepychanki z urzędami, sukcesy i porażki zawodowe, zachwyt nad babioletnim mgnieniem oka i Wielkie Plany na Przyszłość . Znaczy : jest jak wszędzie.

 Żeby nie było nieporozumień : nie namawiam, choć może to tak wygląda, do  żadnego eskapizmu, wyłączenia się ze społeczeństwa ani emigracji wewnętrznej. Wystarczy rozejrzeć się wkoło i dostrzec właściwe rzeczy proporcje. Coś, co rozum przecież sam podpowiada, a co się podświadomie wyłącza, gdy tylko zaczynam(y?) czytać wiadomości. Owszem, tych kilkuset Ludzi z Pierwszych i Innych Stron Gazet ma jakiś (negatywny najczęściej) wpływ na kształt kraju, niektórym nawet się wydaje, że bez nich ani rusz. Ale tak naprawdę Ten Kraj (Naszą Nieszczęśliwą Ojczyznę, znaczy się) i jego obraz tworzą działania, zaniechania ,  doznania i uczucia prawie trzydziestu dziewieciu milionów mieszkańców. W tym Ciebie. A z tym wcale nie jest tak najgorzej, wbrew pozorom.

 Czas zatem na krótki komunikat dla tych z Was, którzy mieszkają za granicą i boją się Nieuchronnego Powrotu :  nie bójtasie.  Nie jest ani w jednej dziesiątej tak strasznie, jak to opisują przekaziory i komentatorzy (w tym blogowi, z całym szacunkiem). Na pewno nie warto „robić wszystkiego, co w Waszej mocy” i iść na Bóg wie jakie ustępstwa i poświęcenia, żeby za wszelką cenę zostać i nie wracać.

Dla tych zaś, którzy już już by się spakowali i wracali, na łeb, na szyję  – inny komunikat  : wyluzujcie ;o). Nie jest ani w połowie tak ślicznie, ruziowo i  fajniście, jak Wam się wydaje. Jest w miarę normalnie, prawdopodobnie (zwłaszcza na początku) trudniej niż tam, gdzie jesteście.Kilka szoków kulturowych à rebours czeka Was na pewno. Ale to już i tak przerabialiście wyjeżdżając, więc już chyba macie wprawę ;-)

Byłem jednym z Was, wróciłem, bo musiałem i okazało się, że w Polsce jest mi lepiej. Fakt, wiele zależy od Układu Gwiazd i różnych zbiegów okoliczności, ale tak naprawdę najważniejsze jest Wasze Nastawienie.

 Przepraszam za to marudzenie, za truizmy i dydaktyczny smrodek. Leżało mi to na duszy a wiem, że kilku Wyjechanym takie Prawdy Oczywiste też się przydadzą. Na szczegóły też przyjdzie czas.

 Horneta (jako chyba już jedynego czytelnika tych wypocin)  przepraszam za długie przerwy w pisaniu. To nie lenistwo, Ja naprawdę nie mam czasu na pierdoły ;-)  Przecież trzeba coś na chlebku położyć ;-)

  Stary Werter

poniedziałek, 31 stycznia 2005
Powracajacemu z zagranicy ...

Dzien dobry, ladny dzionek Bozia dala :-) 

Nie bardzo wiem, czy przepraszac za nieobecnosc (no bo w koncu nikt specjalnie na tym nie ucierpial, wrecz przeciwnie) czy raczej za ponowne pojawienie. Moze wiec obejdzie sie bez przeprosin, wystarczy cmok-nonsens i/lub szejkhend tu i tam (zaleznie od plci i upodoban).

Starym Blogowiczom, ktorzy tam ladnie zrzedzili pod moim ostatnim czerwcowym wpisem nalezy sie jednak pare slow wyjasnien.

Zgodnie z owym komunikatem, w zwiazku z Wielkim Powrotem zalozylem sobie szlaban na blogi, forumy i inne internetowe przyjemnosci. Na poczatku troche raczki sie trzesly, ale jakos przeszlo. Tym bardziej, ze mialem sie czym zajac – real, choc nie jest tak milusi jak wirtual, to jednak tez bywa interesujacy ;-)

Caly czerwiec minal na goraczkowym pakowaniu, probach dokonczenia  zakontraktowanej roboty i zalatwianiu w miare miekkiego ladowania na Lonie Ojczyzny. Nastepne miesiace to byla jedna wielka kolomyja i urwanie wszystkiego, zalatwianie formalnosci poprzyjazdowych, zakladanie firmy, poczatki dzialanosci tejze, szukanie Dachu i moszczenie sie, ogolnie mowiac uzerka z tzw. Rzeczywistoscia i aklimatyzacja. Bywalo roznie, smiesznie, fajnie i zrzedliwie, albo calkiem „smieszno i straszno”. W kazdym razie dostep do netu nie byl priorytetem, a gdy juz go uzyskalem, to na poczatku nie mialem czasu  na blogi i inne przyjemnosci, apotem celowo bronilem sie przed nimi, wiedzac, jak bardzo ta zabawa wciaga. I tak siakos zeszlo ;-)

I co ? I trzeba bylo powrotu do Zegarkolandii, zebym znowu tu zajrzal ! No bo wlasnie  kilka dni temu znowu znalazlem sie przy tym samym biurku, tyle, ze juz jako samodzial i firma. No i nie na dlugo, a na kilka tygodni zaledwie. Mam tu siedziec i stukac, i konczyc Dzielo Zycia, cosmy go w czerwcu nie skonczyli. No, a ze juz  nie chce mi sie juz stukac, wiec coraz czesciej tu zagladam ;-)

I  z tego zagladania wyszlo mi, ze troche mi Panstwa Blogowiczostwa brakowalo, wiec sobie hurtem w dwie noce przeczytalem Stare Znane Blogi, zahaczylem o kilka nowych i postanowilem pozrzedzic troche. Pewnie z czasem, pomalutku i stopniowo, wystukam nie tylko Dzielo Zycia, ale i  pozrzedze na temat ostatnich siedmiu miesiecy. Moze nawet Panglossa namowie, zeby sie troche poudzielal ;-)

A na razie na tym skoncze.

Stray Werter