sobota, 02 kwietnia 2005
No to komu ...

… w droge, temu rower. To juz ostatni wpis z Zegarkolandii.  Nastepny bedzie juz z Łonałojcystego. Stary Wucikij.

Kostucha

Nie ma powodu, zeby byc jakos szczegolnie oryginalnym – mnie tez dzis w przestrzeni miedzyusznej kolacza sie mysli o smierci. Panpaniscus napisala, zechcialaby byc dobrze przygotowana do smierci. Ba. Kazdy by chcial. Niestety, ta franca nie ostrzega, przychodzi kiedy chce, zawsze w najmniej odpowiednim momencie. Znaczy – zawsze jest najniej odpowiedni moment. Czy nalezy byc zatem zawsze gotowym na  ? „Memento mori”  nie byloby zatem wezwaniem do ciaglej biegunki mysli na wiadomy temat, tylko do takiego zycia, zeby zawsze, w kazdej chwili, mozna bylo powiedziec „do widzenia”. No to ja niestety nie bardzo, szczerze mowiac. Nawet nie chodzi o to, zebym sie jakos szczegolnie bal samego konca (czy moze przejscia ? A diabli wiedza, jak mawial Woland ;o)).  E-e. Tylko bardzo nie lubie (a nawet, szczerze mowiac – bojam sie), jak mnie boli, a do tej pory to widzialem same bolesne zejscia . No wogle uwazam, ze jak ktos sie boi dentysty, tak jak ja, to nie moze  uwazac sie za przygotowanego na godne zejscie. Wuala ;o). Ale poza tym , to specjalnie nigdy sie tym nie przejmowalem, bo to paniedziajaszku, strata bardzo umiarkowanie niepowetowana, paru osobom byloby smutno a potem by sie to jakos uladzilo i uklepalo. Jak to w zyciu. Bo zyc trzeba. I slusznie. Ale  od paru miesiecy cus  sie zmienilo. Se uswiadomilem nagle, ze na razie, to ja w ogole nie moge sobie na taki wybryk pozwolic, albowiem poniewaz udupilem Pani Werterowej CV juz na samym poczatku kariery i teraz Ona oraz cale stado Szakali sa uzaleznieni bytowo i wogle. Znaczy gdyby cus, to sa w strasznym gownie po szyje, otco. Zatem , Droga pani Chuda, prosilbym zeby sie Pani laskawie wszczymala tak ze cztery-piec latek przynajmniej, poki Pani Werterowa nie bedzie mogla stanac na wlasnych nogach. Wszystko, co powyzej, to bedzie Geszenk.  No, takzetotak, z tego wszytkiego to zaczalem nawet wolniej jezdzic. To sie nawet napewno jakos nazywa. Paranoja ? Mania ? Czyco ? Nie wiem, nie jestem lekarzem. Ani nawet doktorem ;o))))

Zwykly Szary Stary Werter

piątek, 01 kwietnia 2005
Końcufka

Juz piatek. Znaczy to, ze jutro (no, powiedzmy , gdzies tak za 1,75 doby) Monsieur Werther wyjedzie z Serolandii ku Ojczyznyłonu, Pani Werterowej i Szakalom. Pare godzin zaledwie,  nic tak naprawde nie jest skonczone, wszystko w glebokim lesie, a Monsieur Werther se siedzi i se bloguje, kurdebalans. Czemu tak ? Temu tak. Bo siemu juz nie chce, juz go powoli zwis ogarnia. Wiosenna deprecha ;o) Qrna, tak fajnie zarlo przez kilka lat, „Dzielo Zycia” wyjdzie jak ta lala, a tu nagle na koncowce jakby tchu zabraklo. Czemu tak ? Temu tak. Po prostu calkiem. Posluchajcie i zwazcie u siebie, ze wedle Bozego ukazu, nie wolno za dlugo siedziec nad jednym tematem, chocby byl nie wiem jak pasjonujacy, albowiem poniewaz co za duzo, to i swinia nie zezre. I wtedy pasjonujace przestaje pasjonowac, a staje sie zwykla orka na ugorze i pilowaniem drzewa na Huculszczyznie. Oczywiscie, efekt koncowy wyjdzie nienajgorszy, niewtajemniczeni prawdopodobnie nawet niczego nie zauwaza , a o tym , ze koncowka jest przygipsowana bedzie wiedziec tylko 4-5 osob. W tym ja – niestety. Pan, Panie Starywerter, nie masz Pan po prostu duszy naukofca, co sie okazao Po Niewczasie dopiero.

Ale nic to – jeszcze druga polowka zycia przed Panem, Panie  Polmetkowy, a od przyszlego tygodnia czekaja na Pana calkiem nowe wyzwania. Mudmysie, zeby byly krotkodystansowe ;o)

Czego i Wam z calego serca zyczy

Stary Werter

środa, 30 marca 2005
Serdeczne bukzaplac

MMS, czyli Mojemu_blogowi  dziekuje  jak nie wiem co, za poprawki w Css-ie.

MMS – Jestes Wielka. Uprzedzam, ze moja wdziecznosc bedzie Cie przesladowac do konca dni Twoich ;o)

Stary Werter

19:16, stary_werter , Bloxowisko
Link Komentarze (9) »
wtorek, 29 marca 2005
Zbieg

Znaczy okolicznosci. Znaczy Gudniusowe pisanie o półmetkach (nieważne, jaką liczbą opatrzonych) zbiegło się z moim wsobnym snuciem na podobny temat. A z innej strony zbiegł  nowy wpis w bloxie szablonowym. To se zajrzałem (przepraszam, jako prawdziwy świeżo upieczony Galileusz napiszę : zaglądnąłem ;o)), se rozwinąłem całość i se znalazłem taki o : z butamy w lesie. Bardzo mi pasuje do moich rozmazań. Bo się właśnie rozmazałem na temat, że fajnie byłoby dojść do takiego miejsca, w którym wiadomo, że  wycieczki jest przed nami jeszcze całkiem całkiem, czasu i sił sporo,  ale już należy nam sie, jak psu kość, żeby na chwile zrzucić plecak, zzuć buciory i walnąć się pod drzewko (aha, tam na dole, za tym pieńkiem, co to nic nie widać, to właśnie ja se leże i se myśle). I pozrzędzić se spokojnie i bezkarnie, z błogą świadomością, że nikt tego zrzędzenia  nie bierze na poważnie, a już najmniej my sami. Wkoło zielono i spokojnie, żywina różna pełza, lata i pitoli  a my  se leżymy i se patrzymy “na chmury typu cumulus w kolorze białym ; natomiast niebo jest przy tym niebieskie”. Znaczy nie żaden Stary Werter tylko stara pierdoła wyszła, ale nic to – tak też jest fajnie ;o)

Dziękuje Bibi16 za ten szablon. Teraz, może ktuś mógłby mi powiedzieć, gdzie i jak mam pomajstrować, żeby czcionka linków była deczko mniejsza, a komentarze troche ciemniejsze ;o) Dziękuje from the mountain.

Stary Lamer

poniedziałek, 28 marca 2005
Powroty

No i wrocila nam Kawoholiczka ! Z rozpedu  sprawdzilem  i sie okazao, ze wrocil tez Strendzer (i to trzy dni temu, a ja gupi nie zagladalem tam). No to teraz pewnie sie objawia dobry doktor Jedruch i Franzowaty Franz ;o)  Jednym slowem - wiosna, Panie sierzancie. Krakuf sie zaludnia, a my siem cieszymy, razem z Panglossem ;o)

Niestary Werter

22:55, stary_werter , Bloxowisko
Link Komentarze (5) »
piątek, 25 marca 2005
Sahara

Pobuszowalem sobie kiedys w blogowisku Le Monde’a. Nie jest tak liczne jak gazetowowyborcze, ale te blogi, ktore znalazlem, dosc misie, wiec kilka z nich wstukalem w zakladki. A najbardziej misie ten tu tu o : http://argoul.blog.lemonde.fr/argoul/  Nie dosc, ze niegdysiejszy kolega po fachu, ze nieglupio pisze, to jeszcze od pewnego czasu regularnie wstawia notki i zdjecia z dawnej podrozy w gory Hoggar. Obejrzyjcie sobie te fotki, naprawde warto. Eeeech Sahara … kto choc raz byl, ten musial zlapac bakcyla. Taki ja, to chocby jutro bym tam … ech.

Nie Tak Znowu Stary Werter

18:35, stary_werter , Bloxowisko
Link Komentarze (9) »
Dzialalnosc pozorna

W ramach migania sie od roboty zaczalem robic porzadki w zakladkach. Wydawalo sie, ze wystarczy dodac te wszystkie zbunkrowane tu i owdzie, do ktorych zagladam . No i klops – wez teraz czlowieku cos znajdz w tym tlumie. Nie ma rady – trzeba bedzie jednak wyciagnac metkownice i jakos to wszystko posegregowac, kurdebalans. Ale to chyba juz nie dzisiaj, bo powoli wymiekam. Tym bardziej, ze nie mam pomysla na etykietki.

18:10, stary_werter , Bloxowisko
Link Komentarze (4) »
Zrzedzenia swiateczne

No to najgorsze i najwieksze koty sa juz za plotem - zostaly same “drobiazgi”, wykonczeniowka, ktora w tydzien powinno sie opchnac. Dwa miechy minely, jak z bicza trzasnal. Za dziesiec dni o tej porze pewnie juz bede obrzucal publicznym slowem automobilistow i drogowcow gdzies miedzy Festung Breslau a CK-Grodem. To fajosko – liczenie na palcach wychodzi mi lepiej niz w pamieci.

Niech se ludziska mowia, co chca, ale Swieta powinno sie jednak spedzac z Rodzinka, a nie w robocie. No nic to, przynajmniej paczuszka doszla na czas, Szakale sie ucieszyly, a Panowie Celnicy (a moze Pocztowcy ?) poczestowali sie tylko jednym opakowaniem cukierkow (znaczy “przesylka przyszla w stanie uszkodzonym”). Nawet niewielkie to myto, nalezy podziwiac zdolnosc do samoograniczenia, przeciez mogli zachachmecic calosc, na przyklad. Na zdrowie, niedozywione biedaczyska, kradzione nie tuczy wszak. 

Panstwu Bloxowiczostwu zycze Smiesznych i Wysokokalorycznych Swiat

Stary Werter

niedziela, 20 marca 2005
Zrzedzenia starego gaduly

Sie tak zlozylo (pretensje prosze zglaszac do Wielkiego Ukladacza deena i ewentualnie do moich Rodzicow), ze lubie se pogadac i posluchac, niekoniecznie ze wspomaganiem plynnym i niekoniecznie tylko o pierdolach. A najbardziej lubie trafic na kogos, kto ma odmienne poglady, inne doswiadczenia albo jakas dziwna i  calkiem niepotrzebna wiedze. No bo przeciez, podobno, wedlug ogolnie przyjetej definicji dyskusja wiaze sie z wymiana pogladow i doswiadczen. Kiedy poglady sa takie same, to nie  to zadna wymiana , tylko poklepywanie po plecach i wzajemne utwierdzanie sie w swoim poczuciu slusznosci.  Ok, to tez bywa potrzebne, nawet bardzo, ale to nie jest dyskusja, a niestety wiekszosc ludzi poszukuje wlasnie takiego utwierdzenia. No to wtedy mozna albo zrezygnowac calkiem albo sprobowac zwampiryzowac rozmowce , wyciagajac  z niego cos z jego niepotrzebnej nikomu wiedzy ;o) Wtedy jeszcze jest niezle.

Nieco bardziej uciazliwi sa Zawodowi Przeciwpolozni, Wieczni Samotnicy. Cokolwiek sie powie, musza byc przeciw. Sie ich zazwyczaj nie lubi, bo musza byc przeciw. Ot tak sobie, po prostu musza i juz. Czasem tak miewam, choc  rzadko i w stopniu umiarkowanym, wiec raczej traktuje tych osobnikow przyjaznie, zwlaszcza, ze wprowadzaja niekiedy zdrowy ferment w nudnawe nasiadowy. To „niekiedy” i „raczej” jest zastrzezeniem niezbednym, zwiazanym z sawuarwiwrem takiego osobnika i czestoscia uzywania przezen chwytow ponizej pasa. No i zalezy, czy  mam czas , ochote i nastroj. Bywa, niestety, ze odzywaja sie niepytani, wylacznie w celu macenia wody i dopieprzenia komus, kogo chwilowo nie lubia. Wtedy czasami trzeba dac odpor, a czasami pozegnac sie grzecznie.

Najgorzej, gdy sie trafi na Milosnika Etykietek, czyli Czlowieka z Metkownica. Taki czlowiek juz po paru wypowiedzianych zdaniach bedzie znal moje poglady lepiej niz ja sam. Gdy mu powiem, ze dzika wycinka lasow i betonowanie rzek jest zbrodnia i glupota to od razu jestem niepowaznym ekologiem. Gdy powiem, ze caly ten cyrk z emisja dwutlenku wegla jest smieszny, to jestem ofiara lobby przemyslowego. Gdy powiem, ze wszelkie mniejszosci maja prawo do walki o rownouprawnienie to jestem tepym lewakiem. Gdy powiem, ze drazni mnie ostentacja homoseksualisow to jestem homofobem i rydzykiem. I tak dalej, az po podatki, zwiazki zawodowe,  feminizm, islam, katolicyzm, komune, Zydow,  Murzynow, Europe, Ameryki obydwie, wojne w Iraku, Palestyne, Rosjan i wogle Wszechswiat caly z okolicami. Po pierwszym zdaniu rozmowca wyciaga metkownice, przybija mi na czolo odpowiednia etykietke  i wtedy juz moze bezpiecznie polemizowac z „moimi” pogladami, ktorych nigdy nie wypowiedzialem. Kocham to, po prostu to uwielbiam. Najgorsze jest to, ze to jest szczere - taki osobnik nie moze sie bez etykietki obyc, zlozonosc zjawisk i czyichs pogladow jest dla osobnika niepojeta. I chyba nawet domyslam sie dlaczego – bo osobnik ow bez zapasu etykietek umarlby z wysilku, normalnie reszta szarych komorek by mu sie wziela i przepalila. Bo on sobie samem tez nakleil etykietke. I musi byc konsekwentny. Odklejanie etykietek bywa niestety niejednokrotnie (choc nie zawsze) skazane na porazke, a juz na pewno czasochlonne – i to nie w skali jednej rozmowy. Na to potrzebne sa lata cale lub jakies dramatyczne przezycia. Czasami lepiej grzecznie sie pozegnac ;o)

Zadna to typologia, tylko takie tam austriackie gadanie, bo znowu siemi ulao. Nie wspomnialem o kategorii najgorszej : Wiedzacych Z Cala Pewnoscia, Nosicieli Prawdy Jedynej i Objawionej. Bo o czym tu gadac ? Takich to mozna juz tylko albo zabic, albo wysmiac i spieprzac, gdzie pieprz rosnie. A najlepiej trzymac sie z dala na wiki wikuf amen, czego Wam z calego serca zyczy

Stary Werter

Ciekawy Zawod

To tak, jak ze strazakiem, zolnierzem, kosmonauta, dzielnym detektywem, Tomkiem w krainie kangurow i takimi tam roznymi – prawie kazdy kiedys tam chcial miec ten Ciekawy Zawod, ze ja Go mam. Fajne rwania mozna na niego robic (jaki to czlowiek gupi jest,kurde no, normalnie Jan Dupa Trzeci), latwiej znajomosci zawierac, z ulatwien zyciowych i miedzyluckich sie cieszyc . No bo kazdy kiedys chcial, a tu taki sie trafia i mozna  z nim pogadac, a nawet dotknac. Potem Ci, ktorzy sie zalapali na odpowiedni ujot  czy inne uwu sie troche meczyli, ale ogolnie bylo fajosko i ludycznie. Ludycznie zwlaszcza. A potem sie towarzystwo wykruszalo, wykruszalo i w koncu sieokazao, ze z calego roku  tylko jeden Werter zostal w Ciekawym Zawodzie, bo Ciekawy Zawod , oprocz wielu atrakcji mial te jedna wade, ze z kaska to raczej nietenteges (zeby bylo smieszniej, wsrod odpadnietych znalezli sie wszyscy , ktorzy “od urodzenia chcieli” wykonywac ten Ciekawy Zawod, najdluzej utrzymaly sie osobniki calkowicie przypadkowo pojawieni w, w tym Stary Nizejpodpisany). A potem, bardzo potem, sieokazao, ze nawet kaska jest i to coraz coraz nienajgorsza (z tym, ze nie kazdemu, niestety, mial po prostu Stary Nizejpodpisany farta i przypadki sprzyjaly na jego korzysc). I co ? I pstro. Sie Staremu  znudzilo. Ciekawy zawod po latach okazuje sie byc umiarkowanie porywajacy, a w ostatnich miesiacach to juz wrecz pawiogenny. Bue. Znaczy, ze co za duzo i swinia nie zezre. Ale nic to,  zacisniemy zabki, postaramy sie nie dac dupy w jakis szczegolnie spektakularny sposob i za dwa tygodnie najgorszy bol bedzie juz chyba za nami. Potem chwila odsapki i hajda w pole. W polu bedzie ciezko, ale Ciekawy Zawod odzyskuje wtedy czesc swojego uroku. Znaczy,  w zasadzie moglo byc gorzej, rzekl chlop zjezdzajac fura do rzeki. Ech.

Bardzo Stary Werter

piątek, 18 marca 2005
Jeszcze jeden powod

... zeby lubic Zabojadow ;o)

Znalazlem dzis swiezutki, jeszcze cieply blog  Jacques’a Chiraca ! Tak, tak , tego Chiraca.

http://www.jacqueschirac.org/

No, znaczy moze niekoniecznie ;o)

W kazdym razie napisany jest pieknie, zadnego taniego wyglupu, wszystko na powaznie , choc z humorem, ladna , staranna francuzczyzna. Wielki Jacques rzeczywiscie moglby cos takiego napisac (z tym, ze niekoniecznie ;oD) .  « Darcie łacha » pojawia sie dopiero gdzies w okolicach drugiego dna – co rysuja ministrowie podczas obrad Rady Ministrow, sen o Bushu podbijajacym Luksemburg i Francje, ogladanie zdjec trzyletniego nastepcy tronu Maroka, w wynikuczego Krol-ojciec przysyla list domagajacy sie przeprosin, takie tam rozne. Z komentarzy wynika, ze sporo osob bierze to na powaznie, hehehe ;oD

Zabojadojezyczni docenia , reszta niech sie oblizuje i zaluje. Bylo sie uczyc, jak powiedzial Pan Kazio, hydraulik, inkasujac stowe od pewnego profesora UW za wymiane uszczelki w kranie.

Obecnie Nieco Mniej Stary Werter

20:37, stary_werter , Bloxowisko
Link Komentarze (3) »
Wszedzie dobrze, gdzie nas nie ma

Jakas godzine temu  na stronie glownej portalu Gazety przeczytalem wiadomosc :

„Tsunami moze wrocic”

A zaraz pod spodem :

„Edyta Gorniak wraca”

;o)

Ech, miszczowie szpalty i lamania. Niestety nie zdazylem zrobic sejwskrina, a juz po chwili wiadomosc o Edycie przeniesli do innej rubryki. Troche szkoda, moim skromnym. No ale nic to, trzeba wrocic na szychta. Klaniam nisko.

Przez Chwile Niestary Werter

środa, 16 marca 2005
Odsapka

Dzis wieczorem odbyla sie zaprogramowana od dawna kurtuazyjna wizyta u pewnej starszej pani. Ech, tak mi sie nie chcialo, bo to i kurtuazyjna i u starszej pani , no i szkoda mi bylo tych dwoch – trzech godzin, jak psu, bo czeka mnie dzis calonocne stukanie, zebym sie na jutro rano wyrobil. No i  co ? No i okazaosie, ze nic wlasnie, ze tego wlasnie potrzebowalem. Oprocz gospodyni, przemilej Szwajcarki (wyobrazcie sobie Heidi jako babcie i macie obrazek ;o)) pojawil sie drugi gosc – tez starszy, ale za to Francuz. I bylo pysznie, pelna gama tego, za co jednak Francuzow da sie lubic. Pogaduchy przy kolacji i winku. Bo z nikim nie da sie tak fajnie swintuszyc nie wpadajac w zenade i fizjologie. I przede wszystkim - z nikim, tylko z tymi wstretnymi Franolami, nie da sie tak fajosko gadac o jedzeniu ;o) Oni moga godzinami o tym rozmawiac, lekko a zarazem z namaszczeniem. Tym bardzeiej, ze ten okaz byl z Poludniowego Zachodu, gdzies z okolic Tuluzy. Najfajowszy region Francji, moim skromnym, pod kazdym wzgledem : turystycznym, przyrodniczym, klimatycznym i przede wszystkim gastronomicznym. A rzeczony Franol byl pieknym przedstawicielem swojego regionu, bon vivant calom gembom, taki troche Brassens bez wasisk ;o) I poslugiwal sie moja ulubiona odmiana francuszczyzny, wlasnie poludniowo-zachodnia, taka nie do podrobienia, czysta muzyka i poezja. Mniam. Taka Francja chyba niestety powoli zanika, choc jeszcze, jak widac, dzielnie sie broni. W efekcie, jak mawiaja Tubylcy, “zdekompresowalem” calkowicie, czyli po naszemu : wyluzowalem sie, jak kaczka po chinsku. No i w ten prosty sposob, calkiem niespodziewanie odsapnalem, naladowalem baterie, wystukalem ten wpisik a teraz, lyknawszy kafki, pozycze Panstwu dobrej nocy i oddam sie nocnej klawiszologii. Bo tak wogle, oprocz tego, to jest dosc wujowo. Robota sie ciagnie, jak sierp przez rzyc i siemi nie chce, a na dodatek juz wiem na pewno, ze Wielkanoc spedze z dala od pozostalych Werterow. Bue. No ale nic to – w koncu Vous l’avez voulu, Georges Dandin. Kasy sie zachciewa, kurna.

Chwilowo Niekoniecznie Stary Weter

PS : Z franolskich pogaduch o jedzeniu wynioslem i niniejszym podaje Panstwu trick na udany omlet z truflą. Przyda sie na pewno, w koncu trufle w priwislanskich lasach to chocby kosa , panie dzieju, tyle tego rosnie. No to lecim : w przeddzien smazenia omletu nalezy w szczelnie (koniecznie szczelnie) zamknietym naczyniu zlozyc : 1) trufle (jesli duza, to przekroic), 2) taka ilosc masla, jaka bedzie potrzebna do zrobienia rzeczonego omletu oraz 3) przeznaczone nan jajka (normalne,  cale, surowe, w scorupkach). Maslo i jajka przez cala noc i czesc nastepnego dnia nasiakaja zapachem trufli i wlasnie to podobno stanowi tajemnice sukcesu. Dalej – normalnie,  jak to przy omletach.

PPS : No to jak juz sie rozpedzilem to zaserwuje Panstwu jeszcze jedna niepotrzebna wiadomosc o truflach, bedziecie mogli zaszpanowac w towarzystwie. Wyobrazcie sobie, ze oprocz klasycznego sposobu szukania trufli przy pomocy tresowanych psow lub swin, istnieje jeszcze jeden, bardzo rzadki. Otoz niektorzy spece typu “stary perigordzki prawie goral” se siadajo i podgladajo tudziez podsluchujo muchy. Istnieje podobno jakis szczegolny gatunek muchy, ktory z jakiegos tam symbiotycznego powodu  ciagnie do trufli. I lata nad nimi i siada w poblizu i wogle sie napawa. Podobno wystarczy sie wsluchac, wpatrzyc, rozroznic rzeczona muche i gotowe. Proste, prawda ? Takie tam pierdoly, ale smieszne. A poza tym “Dobrze jest , gdy wie sie ..” , jak spiewali Starsi Panowie dwaj. No to czolgiem.

środa, 09 marca 2005
Polit-bloxerzy

Juz deklarowalem, ze nie bede zajmowal na tym blogu polityka - glownie z tego powodu, ze otarcie sie o nia pozostawia trudnozmywalne i niezbyt pachnace smugi na ciele, umysle i odziezy. Ze polityka  w ogole jest nie tenteges. No bo jest. Ale jest tez inny powod – co najmniej kilkunastu bloxerow robi to znacznie lepiej. Kataryny (“na wciaz” w czolowce bloxowego rankingu), Patience i Szczurabiurowego nie trzeba reklamowac - wszyscy znaja, to sa juz nieomal instytucje ;o). Sa bloxowi weterani Franz i Xionc, ktorych osobiscie bardzo bardzo, od samego poczatku ich pisania, za ostre piora (klawiatury raczej) i talenta rozliczne. Komętazy Darq’a nie musze polecac – robi to „za mnie“ administracja Bloxa, i dobrze, ze to robi. I cale mnostwo innych , tez zaangazowanych, przemyslanych i wogle. Dzie mi do nich, paniedziejaszku, “z czym do goscia” jak pisal Tyrmand ?

Jedno mialem zawsze halo, ze te komentarze jakos tak bardzo bardzo pryncypialne byly  i naprawopacz  i z prawej ruszane li i jedynie. Siepodobajo, ale nie zawsze sie identyfikuje, bo ja taki wiecej spokojny czlowiek jestem ;-)

No i teraz mam. Znalazlem. Teraz to juz naprawde nie musze  pisac na tematy polityczne (chyba ,ze mnie ktus lub cus naprawde, uczciwszy uszy,  wkurwi – wtedy bedziemy marudzic do spoly z Panglossem). Nie musze zas pisac, gdyz 10 dni temu pojawil sie w naszym bloxowisku niejaki Fryderyk Moreau i jego Ojczyzna-szarzyzna ( http://ojczyznaszarzyzna.blox.pl/html ) . F.M.pisze dokladnie taka politgramote, jaka bym chcial czytac - znaczy utwierdza mnie w przekonaniu, ze mam racje i ze nie jestem osamotniony w swej samotnosci (aha, wg ostatnich sondazy jest nas ok. 6 % - niewiele to, ale zawsze cos). Znaczy niniejszem, bez pytania sie zainteresowanego o zgode, mianuje Pana Fryderyka Moreau swoim porte-parolem, czyli rzecznikiem. Jego blox, choc jeszcze krociutki, jest naprawde wporzo. Dajbuk, zeby rosl i wydluzal sie szybciej niz dotychczas.

No i sie wydalo. Stary Werter, byly Udek, byly Unita, jest obecnie oczywiscie PDofilem (bo tak, niewatpliwie gustownie i z sympatia, beda nas pewnie nazywac). Czego i Panstwu z calego serca zycze, klaniajac sie nisko ze swojego smietnika historii ;o)

SW

18:43, stary_werter , Bloxowisko
Link Komentarze (9) »
niedziela, 06 marca 2005
Zielona czarodziejka wraca

Wiadomosc wazna, choc juz nienajnowsza (wszak my dzentelmeni musimy byc o jeden krok z tylu, nie tylko w dziedzinie mody lecz takze w « aktualnosciach ») : szesc dni temu , czyli 1 marca, po 97 latach prohibicji, wladze Szwajcarii ponownie zalegalizowaly produkcje, sprzedaz i spozycie absyntu.

Wielka radosc zapanowala w Zegarkolandii, a zwlaszcza w jej zachodniej czesci (glownie w Val de Travers, malej dolince w kantonie Neuchatel), ktora jest najstarszym i glownym zaglebiem produkcji « Zielonej Czarodziejki » (takiej nazwy uzywaja czasami tubylcy)  - wreszcie bedzie mozna pedzic i zazywac tego specyfiku nie naruszajac prawa.I to bedzie chyba jedyna roznica, gdyz nie znam zadnego tubylca, ktory nie mialby swojego zrodla zaopatrzenia (« zrodlo » jest w tym wypadku szczegolnie dobrym terminem ;o).

Swoja droga stawia to w ciekawym swietle mityczne zamilowanie Szwajcarow do przestrzegania prawa. Idiotyczny zakaz nie byl przez nikogo przestrzegany, absynt pojawil sie nawet  na przyjeciu zorganizowanym z okazji oficjalnej wizyty prezydenta Francji , wzbudzajac co prawda glosy potepienia , ale niezbyt liczne i raczej pro forma ;o). Pytanka sie nasuwaja : czyzby praworzadnosc obywateli byla w jakis sposob powiazana z jakoscia prawa ? Czyzby polska sklonnosc do anarchii nie byla cecha wrodzona ? Eeee … sie wierzyc nie chce, jakies takie dziwne te pytania i jeszcze dziwniejsze odpowiedzi sie rysuja na horyzoncie ...

Wracajac do Zielonej Czarodziejki – niestety jej legalizacja pozbawi nas  slodkiego dreszczyku spozywania owocu zakazanego, tym bardziej ze smak ma toto zblizony do zwyklej anyzowki zalegajacej sklepowe polki i prywatne meblosciankowe barki. Nie bedziemy juz czuc tej wspolnoty z przekletymi poetami i innymi artystami, co to bedzac pod wplywem albo sie szczelali, albo sie cieli, albo uszy sobie obrzynali. Po prawdzie to my ze szwagrem nie takie rzeczy robili, i to bez zadnego absyntu, a zwyczajnie, na ziemniaczano-zbozowym wspomaganiu. Znaczy wszystko jest kwestia ilosci, towarzystwa, nastroju i fantazji. Aha, no i zakaski.

Znikna tez rozne ciekawe obrzedy i lokalne atrakcje, jak na przyklad pewne zagubione w lasach Jury gorskie zrodelko, w ktorego lodowatej wodzie zawsze stala wiadoma buteleczka i szklaneczka, w towarzystwie skarbonki i pisemnej prosby o wsparcie. I chyba tylko tego bedzie mi brak.

Tu link do. Niestety po zabojadzku.

http://www.absinthe.ch/f/

A tu obrazek :

http://static.zed.cbc.ca/users/d/DirtyWett/files/absinthe.jpg

Inne(tez ladne) znajdziecie, gdy w Grafice Gugloskiej wstukacie « absinthe »

Na zdrowie, à la vôtre

Stary Werter

piątek, 04 marca 2005
Zrzedzenia starego lamera

No to se Zdrowowalniety skasowal bloga, kurdebalans. Co za nieodpowiedzialny czlowiek - pewnie chcial cos poprawiac ;o)

Co kilka dni (no, powiedzmy – tygodni) czytam u kogos, ze siemu skasowalo lub zawiesilo, bo cos chcial zmienic lub dodac. Mnie takie cos spotkalo na samym poczatku, zaraz przy drugim wpisie, gdy chcialem skasowac jeden kontrolny komentarz. Od tej pory po prostu wpisuje, co  mam wpisac i nie ruszam calej reszty – zadnych zmian szablonow, zadnego majdrowania przy ceesesie, zadnych licznikow, zegarkow, nic.

Ja wiem, ze to wyglada na abnegacje i arogancje (hehe, dwa eleganckie, obcojezyczne slowa siemi udalo przemycic), ze to niby tutaj wazny jest  „content” (a to nowe polskie slowo poznalem wczoraj dzieki P. Wujcowi) a nie forma, ale to jest oczywiscie bzdet. Sieboje po prostu. Nie zebym mial tu cos wiekopomnego, ale po co mam sie denerwowac i roznymi staropolskimi slowami rzucac. Slowami, ktorych znam duzo, a ktorych tylko niewielka czesc figuruje, i to od niedawna, w co postepowszych slownikach.

Ciekawe, ze na innych blogowiskach nigdy nie spotkalem sie z takimi przypadkami. Czyzby sie tam nie zdarzaly ? Czyzby niedajbuk bylo mozliwe stworzenie takiej platformy (znaczy nie wiem, czy tak to sie nazywa, bom jest lamer), w ktorej wszystko dziala i nic sie samo z siebie nie kasuje ?

Czy ktos z „wiedzacych” wie, dlaczego tak sie dzieje, dlaczego akurat my musimy pisac na najbardziej niestabilnej platformie (tak to sie nazywa?) w calej swiatowej sieci ? Dlaczego sa klopoty nawet z glupim formatowaniem tekstow wpisow (nawet glupia zmiane czcionek robie w swoim Wordzie i kopipejstuje, kurde). Czy PT informatycy z portalu „Gazeta.pl” nie mogliby przysiasc faldow i stworzyc czegos, co nadawaloby sie do w miare bezstresowego uzytku ?

Na swoim blogu Tebe dal link do wywiadu z szefem portalu, P. Wujcem. Czytamy tam, ze dzial informacji, forum i blogi sa sukcesem i duma Portalu i ze beda rozwijane. Co do forum – to nie mam uwag , siemi podoba takie, jakie jest. Co do informacji – to przyznam sie , ze jednak niestety ciagle trzeba zagladac w kilka innych miejsc (w sumie to normalne), ale blogi – to zalamka. Nie pod wzgledem tresci – bo ta zalezy akurat od juzerow i jest ciekawsza niz gdzie indziej (moim skromnym IMHO, oczywiscie, byc moze jest to kwestia przyzwyczajenia), ale „srodowisko” jest wyjatkowo juzer-anfrendli. Otco.

Stary Lamer

11:01, stary_werter , Bloxowisko
Link Komentarze (6) »
wtorek, 01 marca 2005
Znowu diwidi

A skoro juz tu wlazlem, to dam upust blogonalogowi i skrobne cos o kolejnym diwidi. Bylo to tak : kolezanka z pracy przyniosla mi kilka dni temu diwidi z  “Hero”. Oczywiscie, jako wybitnemu znafcy sztuki filmowej tytul mi nic nie mowil, a po obejrzeniu pudelka pomyslalem , ze to jakas typowa chinska lupanina kung-fu wcisnieta koledze, zeby sie rozerwal w dlugi zimowy wieczor (a zima latos, kurna, jakos dlugawa). Wzmianka o nominacji do Oskara tez nic mi nie zasugerowala, ani nawet nie zachecila. Zrezygnowany zapuscilem diwidi - a tu szok. Piekny, po prostu piekny, poetycki film. W scenach walki sztuka jest stokroc wazniejsza od samej walki, zdjecia sa jak z bajki,  gra kolorow , nastroje, te rzeczy … no, miodzio. Szkoda, ze zakonczenie jest takie, jakie jest ,  bo sie w ostatnim kwadransie nagle okazuje, ze to jest niestety propagandowka, slawiaca chinska ekspansje i madrosc jej wladzy centralnej. Jest to najladniejsza propagandowka, jaka kiedykolwiek widzialem, ale jednak. Nie wiem,  moze ten uklon w strone Panstwa byl koniecznym trybutem artysty (znaczy co cesarskie cesarzowi), ale jakis taki  absmaczek pozostal (ale  to pewnie dlatego, ze ja deczko wypaczony jestem).  Co nie przeszkodzilo mi obejrzec tego fimu po raz drugi – stad  ta notka. I bez zadnych watpliwosci moglbym wszystkim polecic, gdyby nie swiadomosc, ze wszyscy i tak juz to pewnie widzieli przede mna ;-)

Stary Werter

Tak  na boczku dodam, ze wsrod tutejszych (znaczy zegarkowych) znajomych tylko ja zwrocilem uwage na ten elemencik prototalitarny. Czyli jednak swir, kurde. Srodkowoeuropejskim pietnem naznaczony.

Wazna wiadomosc

No tak, mialem nie pisac, ale nie moglem sie powstrzymac. Dzis w zegarkowym radio byl bowiem bardzo wazny nius. Na tyle wazny, ze znalazl sie w porannym serwisie zaraz po Wiesciach Rzadowych i Bliskim Wschodzie.

Otoz dzis w nocy i nad ranem bylo tak zimno, ze czesc zwrotnic wziela i przymarzla. Z tego powodu pociagi poranne pospoznialy sie dramatycznie - niektore nawet o 15 min. W radio wystapil sam rzecznik prasowy Zegarkowych Pociagow i tlumaczyl sie czesto-gesto. I bardzo dobrze, no bo co w koncu doprawdy ...

Wstrzasniety Stary Werter

12:10, stary_werter , Zegarkolandia
Link Komentarze (1) »
sobota, 26 lutego 2005
Chwilowe przejsciowe

Chwilowe przejsciowe klopoty w rozwoju werteroblogizmu zwiazane sa z istnieniem realu, ktory coraz natarczywiej dopomina sie o swoje prawa. Nie moge obiecac poprawy, zapewne przerwy w zrzedzeniach beda czeste i dlugasne. Siakos tak sie zlozylo. Najbardziej brak mi bedzie czytania “sasiadow“ – i po cholere nawstukiwalem tyle linkow, sie pytam ? Nic to, kiedys moze sie przydadza. Pozdrawiam.

Stary Werter

PS : Przesylam uklony od Panglossa, ktory tez ostatnio miewa klopoty z optymizmem ;-)

środa, 23 lutego 2005
Powracajacym

Przeczytalem swoje notki napisane po „reaktywacji“ bloga, glownie te dotyczace perypetii popowrotowych oraz roznych zdarzen wylapanych w przekaziorach. Przyznaje, ze moga one skutecznie zniechecic Ewentualnych Powracajacych, a przeciez nie o to mi chodzilo. Mimo roznych „akcji“, mimo iz Zegarkoladie i Zegarkolandczykow pokochalem miloscia wielka i nie do konca odwzajemniona, ani przez chwile nie zalowalem, ze wrocilismy na Łono. Sprobuje, nieskladnie i niezaradnie, jakos to uzasadnic.

Jedzenie. Niby drobiazg, pierdolka taka, ale ponowne odnalezienie roznych smakow, do ktorych sie przyzwyka od dziecinstwa, ma swoje znaczenie. Ci, ktorzy uganiaja sie po roznych mniej lub bardziej oddalonych „polskich sklepach“ lub czekaja na przyjazd krewnych z Polski, wiedza o co chodzi.

Nastepny drobiazg, to taki, ze gdy czytam gazety, to czuje, ze zawarte w nich wiadomosci sa dla mnie istotne, w jakis sposob mnie dotycza. Mimo zdeklarowanej niecheci do polityki, mimo wszystkich brudow i afer, nie chce, nie moge byc calkiem ponad. Takiego poczucia nie mialem w zadnym innym kraju, w ktorym mieszkalem. Nie zawsze jest to mile, no ale coz.

Ksiegarnie. Troche mniejsze i wychuchane, troche mniej zasobne, ale jakos latwiej jest mi znalezc ksiazki, ktore sa (lub wiem, ze beda) dla mnie wazne. Dla kogo uzaleznionego od czytania to jest bardzo istotne.

Krewni i starzy znajomi. Dopiero gdy ich zabraknie, gdy nie sa na wyciagniecie reki, zaczyna sie ich tak naprawde doceniac. E-maile i sporadyczne telefony nie zalatwiaja wszystkiego – najistotniejszy jest fejs tu fejs. Czasami klopotliwi, czasami denerwujacy, zwlaszcza w wiekszych dawkach, ale musza byc. Mozliwe, ze ja jakis nienormalny jestem alboco ale tak juz mam. I szlus.

Ludzie. Ludzie, ktorzy przeszli przez te same szkoly, ogladali te same filmy, stali kiedys w kolejkach i czytali te same (legalne i zakazane) ksiazki, nosili kiedys ulotki, przezywali te same nadzieje i rozczarowania. Smieja z dowcipow, ktore mnie smiesza, podobnie reaguja na rozne cytaty i grepsy calkowicie nieczytelne poza Polska. Wymiana “miedzykulturowa” jest wazna, owszem, ale jesli w kazda rozmowe trzeba wplatac dwa miliony przypisow, to na dluzsza mete staje sie to nuzace, zwlaszcza dla takiego gaduly, jak ja. No i mimo “wilczego” kapitalizmu, zabiegania i wyscigu szczurow, prawie zawsze znajdzie sie jakis chetny na Dluga Nocna Rozmowe o wszystkim i o niczym, ze “wspomaganiem” lub nie. Ludzie maja rozne potrzeby, dla mnie to jest bardzo istotne.

Bedzie tego. Wszystko, co tu wymienilem, daje mi poczucie, ze jestem u siebie, CBDU. Voila.

Jest oczwiscie cala reszta. Balagan i niesolidnosc, przytlaczajaca szarosc, bylejakosc i brzydota niektorych miejsc, niezyczliwosc i nieuprzejmosc na codzien, powszechne zlodziejstwo i agresja - jednym slowem Dziki Zachod. Ale jakos udaje mi sie przejsc nad tym do porzadku, zepchnac to w sfere anegdoty, byc ponad i robic swoje, lepiej lub gorzej. A poza tym Dziki Zachod to kraj pelen perspektyw. Kraj, w ktorym cos sie dzieje, ktory wbrew pozorom ciagle sie zmienia. Wbrew powszechnym narzekaniom – na lepsze. To widac dopiero, gdy sie go oglada z dystansu lub po dluzszej przerwie. Amen ;-)

Stary Werter

PS : troche patetycznie mi sie tu ulalo. Wyglada to na cos, co pewien znajomy nazywa  syndromem „Latarnika“. Znaczy – najwyzszy czas, zeby spakowac manatki i wracac. W ogniu walki cale to rozmemlanie przejdzie, jak reka odjal ;-)

Ujeto i zatrzymano

… dwie grozne przestepczynie. Przynajmniej raz policja wykazala sie sprawnoscia i , nie bojmy sie tego slowa, mestwem. Ja bym po orderze dal, jakem Werter.

http://info.onet.pl/1058174,11,item.html

Malutki

Mialem juz nie pisac o Internałcie, ale sienieda.  Mam szczera nadzieje, że to jest już ostatni moj wpis dotyczący Legendarnego Przywodcy.  Drogi Legendarny, po Panskiej wypowiedzi na temat Anny Walentynowicz moge Panu powiedziec juz tylko to, ze jest Pan malutkim czlowieczkiem. O takim, o, tyci-tyci.

A kolejnej wersji Panskich przygod z esbecja, calkiem nowej, z nowa, lepsza formula wybielajaca, juz mi sie nawet czytac nie chce.

08:12, stary_werter , Polit-gramota
Link Komentarze (5) »
wtorek, 22 lutego 2005
Do odwaznych swiat nalezy

Przypomnialo mi sie wlasnie, ze przeciez historia z Panem Transportowcem ma swoj, nieopisany tutaj jeszcze, ciag dalszy. Bo to wicie rozumiecie Pan Transportowiec, jeszcze na etapie negocjacji wstepnych zarzekl sie, ze skoro on mnie nie zna i wogle, to sie jednak nalezy z gory. W dowolnej walucie, ale z gory. No to ja na to, ze polowa, no to on ze okej i stanelo na tym, ze dam kierowcy w zlotowkach, to bedzie mial na benzyne w Polsce, a na benzyne dalej, to bedzie juz mial swoje (znaczy : firmowe) jurosy. Ciezarowka przyjechala, kierowca zainkasowal (nawet troche mniej, bo polowa nie dawala rownej sumy), Pani Werterowa wsiadla i pojechali. Po powrocie (perypetie opisane w poprzednim wpisie) dowiedzialem sie, ze jurosy owszem byly, ale juz franciszkuf zegarkolandzkich nie bałdzo, wiec Pani Werterowa w Zegarkolandii suplala z naszych (na szczescie miala). Potem doszla jeszcze naprawa tego trupa i benzynka z powrotem. Oczywiscie zapowiedzielismy kierowcy, ze bedzie to potracone, na co on ochoczo sie zgodzil, bo polubil nas lubieniem szczerym,  Pania Werterowa w szczegolnosci, a na temat Swojego Pryncypala to jakos tak wypowiadal sie bez specjalnego nabozenstwa. No i wqurwiony byl wqurwieniem szczerym, ktore to wqurwienie bylo i tak niczym wobec stanu ducha Pani Werterowej. No nie powiem, dobrze jej ta podroz zrobila, kolezanki stare spotkala, truckiem se pojezdzila, przygody na granicy miala, mechanikow przytojnych krew z  mlekiem latino poznala, a na dodatek zrzucila jeszcze troche gramow, akurat tych, ktore chciala zrzucic. Aha, i jeszcze trozke weriseksi siwizny nabrala tu i owdzie. Ale jakos po powrocie z tej wycieczki Pani Werterowa nie pamietala o tych wszystkich plusach dodatnich i zapowidziala Panu Kierowcy, ze owszem, Pan Transportowiec, czyli Pryncypal kase dostanie, ale ONA mu ja wreczy osobiscie i przy okazji porozmawia. Nazajutrz zadzwonil do mnie rzeczony Pan Pryncypal i z jakas taka niesmialoscia upomnial sie o swoje (znaczy, tak jakby przeczuwal, ze cos bylo chyba niehalo z jego strony i ze teraz to my go za jadra trzymamy). No to ja mu jeszcze raz to samo, co Panu Kierowcy, znaczy ze kaska jest, czeka i ze po odliczeniu dodatkowych wydatkow jest tego tyle i tyle. No to sie ucieszyl, ale ja mu wtedy, ze owszem, kaska jest, ino Pani Werterowa chcialaby osobiscie mu ja wreczyc i fejs to fejs porozmawiac, albowiem poniewaz uwag ma pare, ktore moglyby mu pomoc w przyszlym prowadzeniu firmy. Aha, no to jakos wyszlo , ze w najblizszych dniach nie ma czasu, ze sie nie  pali pszesz bo on nam ufa. No to gites, niech ufa, dobrze robi, kaska czeka na niego w szufladce, jak w Zegarkolandzkim banku. Hehehehe. Trzy razy ksiezyc odmienil sie zloty (przepraszam, juz prawie cztery razy) i kaska czeka nadal. Gdy ostatnio dzwonilem dodom, nadal czekala. Widac AZ TAK mu na niej nie zalezy, pewnie bogaty z domu jest. Odwazniak...

Stary Werter

PS : A ja kocham Ten Kraj. I Pania Werterowa, bo to skarb, nie kobita.

Zlosliwosc przedmiotow martwych

Trzeba bylo sprowadzic na Ojczyznylono reszte dobytku. Potrzebna byla ciezarowka, w miare spora ale bez przesady, ktora  w miare sprawnie wykonalaby kurs tam i z powrotem  Znalezlismy firme, zlokalizowana w miare blisko nas i najtansza (to wazne, zazwyczaj na dzwiek „Zegarkolandia” panowie transportowcoy zaczynali sie slinic , mowiac, jaki to drogi kraj i ze koszta, panie dzieju, tego). Szczegolow przesuwania terminow oszczedze , zlozmy je karb tzw. Okolicznosci Obiektywnych. Umowionego dnia rano ciezarowki nie ma, po dwoch godzinach Pan transportowiec dzwoni, ze  utknela w korku. Po godzinie, ze jest zepsuta i musi wracac do bazy do naprawy. Potem, ze naprawa bedzie trudna, ale juz jedzie o serwisu (120 km) , wiec jutro rano. Potem,  ze serwis nie ma czesci, ale z glownej firmy z Warszawy czesc jedzie, wiec zeby jeszcze troche poczekac. Potem, ze cos tam. Potem, ze jeszcze jakas czesc, ale to ja wymontuja z innej ciezarowki. Juz. I tak , z wtorku rano zrobil sie czwartek wieczor – 2, 5 dnia obsuwy, na dodatek juz wiadomo, ze dojada w sobote, wiec niedziele spedza na miejscu, bo ciezarowkom nie wolno tam jezdzic w week-endy. Gdybym wiedzial, to bym od razu sie umowil z inna firma (juz po pierwszym telefonie od Pana Transportowca dogadalem sie wstepnie z kims innym, ale ktos inny oferowal wlasnie czwartek i to za podwojna cene i bez pomocy w zaladunku). Sytuacja zaczyna sie robic zabawna, bo jesien gwaltownie sie pojawila a Werterzatka nie maja w zasadzie cieplej odziezy. No nic, w koncu przyjechala ciezarowka. Pojechali. Dojechali. W niedziele telefon , ze ciezarowka nie chce ruszyc, bo sie zepsula. Na szczescie siatka znajomych na miejscu pozwolila te rzecz zalatwic w miare szybko i tanio, ale juz w tzw. miedzyczasie Pan Transportowiec postanowil, ze wie, co sie zepsulo, ze naprawa w Zegarkolandii bedzie droga i ze w zwiazku z tym on sprowadzi czesc z Niemiec do siebie,  wsiadzie w samochod z kierowca i mechanikiem, pojada do Zegarkolandii i sami naprawia. To w koncu tylko 1,5 tysiaca km w jedna strone. Serio. Poj...o goscia z tych nerw. Na szczescie nie zdazyl, Pani Werter na miejscu zalatwila wszystko w blysk  - n.b. okazalo sie, ze to nie jest ta czesc , ktora „powinna” byla sie zepsuc. Hehehe. Jakos z pomoca Boza wrocili, dobytek sie odprawilo celnie (tylko jeden dzionek od switu do zmroku, jak w przypadku Mundka). Przez tamten tydzien odbylem z Panem Transportowcem kilkadziesiat upojnych rozmow telefonicznych,  w trakcie ktorych jak mantre powtarzal magiczne zaklecie „zlosliwosc przedmiotow martwych”.  Z wymieniona wyzej zlosliwoscia zdazylem w ciagu kilku ostatnich miesiecy zaznajomic sie juz kilka razy, juz sie przyzwyczailem, juz w zasadzie mnie nie rusza. I tylko jedno ciagle mnie zastanawia : dlaczego w innych jezykach (francuskim, angielskim, niemieckim) ten termin nie istnieje ? Czyzby w innych krajach przedmioty nie byly zlosliwe ?

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8